Walka o życie: emocje i nadzieje

01 grudnia 2003
Artykuł dodany przez: Dział Jakości i Marketingu

Ten oddział już na pierwszy rzut oka wyraźnie różni się od pozostałych. Tylko osiem łóżek; ostrzejszy niż gdzie indziej reżim sanitarny, głębsza cisza i skupienie personelu. Tu nie ma czasu ani miejsca na rozmowy, żarciki, luz. Lekarze i pielęgniarki do perfekcji opanowali sztukę porozumiewania się bez słów. Wystarczy hasło czy gest. Tutaj wciąż trwa walka nie tyle o ludzkie zdrowie, ile wręcz o życie.

- Znamy się jak łyse konie - zgodnie zapewniają lekarze i pielęgniarki. Tylko pełne zaufanie idące w parze z doskonałym wyszkoleniem personelu pozwala lekarzom i pielęgniarkom szybko i sprawnie realizować po kilkanaście zleceń dotyczących jednego pacjenta. - Oprócz umiejętności błyskawicznego porozumiewania się i działania w zespole, mamy też wszyscy znakomite wyniki w biegach na krótkie i dłuższe dystanse - dodaje ordynator Oddziału Anestezjologii i Intensywnej Terapii Urszula Dziurewicz. - Jesteśmy wzywani do wszystkich akcji reanimacyjnych, które mają miejsce w szpitalu, a to dość rozległy obszar.

Respiratory i współdziałaniei

"Zatrzymanie" oznacza w języku anestezjologów tyle co ustanie czynności życiowych - brak czynności serca i brak oddechu. Trzeba podjąć czynności reanimacyjne przywracające akcje serca i zapewnić wentylację zastępczą za pomoc ą respiratora. W Oddziale Anestezjologii i Intensywnej Terapii w koszalińskim szpitalu jest osiem stanowisk w pełni wyposażonych w sprzęt do mechanicznej wentylacji, czyli respiratory, oraz pełne nowoczesne monitorowanie. Bardzo często wszystkie łóżka są zajęte. Ostra niewydolność oddechowa wymagająca respiratoroterapii występuje w przebiegu bardzo wielu schorzeń. Wentylacja pacjentów respiratorem w trakcie terapii może trwać od kilkunastu minut do nawet do kilku lat. Nowoczesne respiratory dają możliwość wentylowania chorego i odzwyczajenia go od wentylacji zastępczej w naprawdę komfortowych warunkach. Dla chorych z ostrą niewydolnością oddechową i równoczesną niewydolnością nerek powstało stanowisko do dializoterapii. Niewydolność nerek stanowi częste powikłanie urazów wielonarządowych lub ostrego martwiczego zapalenia trzustki. Przy współudziale lekarzy nefrologów z zaprzyjaźnionej Stacji Dializ odbywa się jednoczasowo wielokierunkowa terapia. Możliwość wykonywania przyłóżkowych badań obrazowych, zdjęcia rentgenowskie i usg dzięki współpracy lekarzy radiologów wielokrotnie rozstrzygają o kolejnych krokach terapeutycznych. Współpraca z chirurgami, neurologami, kardiologami to codzienność oddziału. Wiele decyzji podejmowanych jest wspólnie, konsyliarnie. - Ogromnym ułatwieniem jest też dla nas bezpośredni kontakt komputerowy ze szpitalnym laboratorium - uzupełnia Urszula Dziurewicz. - Tam przez całą dobę, podobnie jak u nas, obowiązuje stan pełnej gotowości. Nasze zlecenia realizowane są priorytetowo.

Operować czy nie?

Pacjenci trafiający do Oddziału Anestezjologii i Intensywnej Terapii mogą korzystać z nowoczesnych technik terapii i leków z "najwyższej półki farmakologicznej". Wszystko to razem sprawiło, że zmieniły się zasady i kategorie pacjentów kwalifikowanych do zabiegów operacyjnych. - Coraz częściej decydujemy się przeprowadzać operacje u ludzi obciążonych bardzo dużym ryzykiem - coraz starszych i bardziej chorych - wyjaśnia ordynator. Nie zmieniła się jednakże zasada szczegółowego rozpatrywania przed każdym tego typu zabiegiem wszystkich "za" i "przeciw". Zysk wynikający ze znieczulenia i zabiegu operacyjnego muszą być większe niż ryzyko poniesione w okresie okołooperacyjnym. Jeśli realne przesłanki wskazują, że tak się nie stanie, pojawia się kolejny problem w postaci rodzin pacjentów. One często domagają się bowiem przeprowadzenia operacji za wszelką cenę, niejako wbrew zdrowemu rozsądkowi, nawet w sytuacjach zupełnie krytycznych. - Na przykład pacjent z tętniakiem aorty brzusznej, dodatkowo obciążony ciężką chorobą serca - ktoś taki funkcjonuje dosłownie z bombą zegarową w brzuchu! Ale jak wytłumaczyć nalegającej rodzinie, że bez operacji ten człowiek będzie żył, a poddany operacji zginie na stole operacyjnym.

Skrucha i wstyd

Często pacjentami Oddziału Intensywnej Terapii są chorzy, którzy trafiają z powodu zamierzonego lub przypadkowego zatrucia. Większość z nich wymaga terapii respiratorem, czasami połączonej z dializoterapią. Lekarze z intensywnej terapii dzielą te osoby na cztery zasadnicze kategorie. Do pierwszej, najliczniejszej, należą niedoszli samobójcy. Urszula Dziurewicz wie z doświadczenia, że próba otrucia się to przeważnie nic innego, jak szczególny sposób wołania o pomoc. - Zwykle ci ludzie wcale nie chcą umrzeć! Świadczy o tym choćby ich przyzwolenie na ratowanie im życia, poddanie się leczeniu... Pani ordynator wspomina młodego chłopaka, który potężną dawkę amfetaminy wzmocnił jeszcze garści ą tabletek, jakie znalazł w domu. Traf chciał, że były to babcine lekarstwa na problemy z krążeniem. - To, że go uratowaliśmy, to nieomal cud. Gdy odzyskał świadomość, widziałam w jego oczach skruchę, wstyd... ale czy zdecyduje się leczyć? Prawdą jest, że po tym wszystkim on urodził się na nowo. Narkomani to kolejna kategoria. - Kiedyś trafiali tutaj ludzie, wstrzykujący sobie w żyły wszystko, co miało jakiekolwiek toksyczne działanie. Ze środkami do czyszczenia rur włącznie! Ich żyły były w takim stanie, że mieliśmy trudności z podawaniem kroplówek. Teraz człowiek w stanie zatrucia narkotykiem wygląda z zewnątrz zupełnie inaczej, ale jego organizm równie bezlitośnie podlega wyniszczeniu... Jeszcze kilka lat temu na porządku dziennym były tu także zatrucia metanolem i glikolem. Dziś, gdy alkohol jest relatywnie coraz tańszy i bardziej dostępny, pacjentów zatrutych alkoholem też nie brakuje. Tyle, że winna jest już nie jakość, ale ilość wypitej toksycznej substancji. Ostatnią kategorię zatrutych pacjentów stanowi ą natomiast ci, którzy nadużyli leków po prostu przez przypadek. Okazuje się, że można się znaleźć na intensywnej terapii z powodu nadmiaru dostępnych bez recepty środków zawierających paracetamol, a nawet "tabletek z krzyżykiem"!

Choć serce jeszcze bije...

Jednym z powodów do dumy lekarzy z intensywnej terapii jest wejście ich oddziału do międzynarodowego programu pod hasłem "Donoraction". Program daje możliwość prawidłowego kwalifikowania wybranej grupy pacjentów jako potencjalnych dawców narządów. Dlaczego to jest takie ważne? Bo, gdy chodzi o ratowanie życia, liczy się czas. Dzięki pozwoleniu regionalnego konsultanta ds. transplantacji, a tak- że obowiązującemu w Polsce prawu, które pozwala na pobieranie narządów do transplantacji od chorych, u których stwierdzono śmierć pnia mózgu, koszalińscy anestezjolodzy mogą na bieżąco zgłaszać potencjalnych dawców narządów do ogólnopolskiej organizacji "Poltransplant", zajmującej się koordynacji ą przeszczepów. W ciągu jednej doby pobrane narządy: nerki, wątroby, serca przeszczepiane są w wielu ośrodkach klinicznych (Szczecin, Warszawa, Zabrze, Kraków) - tam, gdzie znajduje się oczekujący na nie biorca. - Takich pobrań mamy kilka w ciągu roku - precyzuje ze smutkiem Urszula Dziurewicz. - Gdyby wszystkie rodziny pacjentów uznanych za zmarłych wyrażały zgodę na pobranie, byłoby ich kilkanaście... To dotyczy zresztą całego dawstwa narządów do transplantacji w Polsce. Choć nasze prawo uznaje, że potencjalny dawca wyraził zgodę na pobranie narządów, jeśli za życia nie złożył on zastrzeżenia w tej kwestii w Centralnym Rejestrze Sprzeciwów, na przeszkodzie stoją rodziny zmarłych. Prawo co prawda nie nakłada na lekarzy obowiązku pytania rodziny o zgodę, ale... pytamy. Tak się przyjęło. Zaznaczam, że interesuje nas opinia, co zmarły myślał o ofiarowaniu własnych narządów. Uznaje się jednak niepisane prawo rodziny do odmowy na pobranie narządów od zmarłego.

Co można dać, nie mając nic?

Często zrozpaczonych ludzi nie przekonuje nawet autorytet papieża, który dawno już wyraził poparcie dla transplantologii. Główny problem stanowi danie do zrozumienia członkom rodziny pacjenta, że ich najbliższej osobie nie można już w żaden sposób pomóc. - Jak przekonać rodzinę o śmierci, skoro na monitorze widać wyraźnie, że serce pacjenta bije? Bijące serce kojarzy się przecie ż z życiem! Jednak rozchwianie biochemiczne organizmu powoduje, że w ciągu kilku godzin po śmierci pnia mózgu serce przestaje bić. Badanie potwierdzające śmierć pnia mózgu jest określone ścisłą procedurą, odbywa się dwukrotnie w odstępie co najmniej trzech godzin przy udziale komisji, w skład której wchodzi trzech lekarzy specjalistów. Godzina zakończenia ostatniego badania jest jednocześnie godziną zgonu pacjenta. Jeśli rodzina nie wyraża zgody na pobranie narządów, konsekwencją jest odłączenie od respiratora pacjenta uznanego za zmarłego. Jeśli rodzina akceptuje dawstwo narządów, nawiązujemy kontakt z Poltransplantem i dokonujemy wszelkich niezbędnych uzgodnień. Jeden dawca może swym sercem, wątrobą i nerkami uratować życie aż czterem chorym! Rodzina dawcy po kilku dniach informowana jest o powodzeniu akcji transplantacyjnej. Te informacje są potrzebne i im, i nam. Nowa generacja leków immunosupresyjnych (czyli hamujących odrzucanie przeszczepu przez organizm) oraz postęp techniczny i technologiczny rozszerzyły granice wieku zarówno dawców jak i biorców. - Jednak nie ma wśród nas takiego twardziela, który stanie spokojnie przed gromadką dzieci i powie im, że właśnie straciliśmy ich ojca, wdowca, który pracował ponad siły, by im zapewnić skromny a godny byt. Nigdy nie zapomnę tej gromadki... Te dzieci same zapytały, czy ich ojciec po śmierci mógłby jeszcze przyczynić się do uratowania czyjegoś życia! Nie mając z pozoru nic, umiały zaoferować tak wiele! Niestety, zdarza się też dokładnie odwrotnie: najbliżsi zmarłego pacjenta stawiają stanowczy opór, mało tego - protestują, gdy lekarz w rubrykę "data zgonu" wpisuje godzinę badania potwierdzającego śmierć pnia mózgu, a nie ustania bicia serca.

Radość, gdy się powiedzie!

Koszalińscy anestezjolodzy uczestniczą m.in. w programach badawczych, dotyczących używanych już i zarejestrowanych leków (np. przeciwzakrzepowych czy antybiotyków) albo wpływu żywienia pacjenta na jego powrót do zdrowia. Żywienie na oddziale, gdzie większość pacjentów przyjmuje pokarm poprzez sondę itp., ma ogromne znaczenie. - Niedożywienie pacjenta zwiększa ryzyko powikłań. Dlatego przygotowywanie pacjentów do dużych zabiegów operacyjnych obejmuje także przygotowanie ich pod względem żywieniowym. Po powrocie funkcji życiowo waż- nych oraz stabilizacji stanu ogólnego pacjenci przekazywani są do innych oddziałów w celu kontynuacji leczenia. Pamięć o ozdrowieńcach wraca w postaci kartek świątecznych, częstych telefonów. Pacjentka, wyprowadzona przez tutejszych lekarzy z niemal beznadziejnego stanu, wróciła sama w swe osiemnaste urodziny z wielkim tortem i malutką laleczką. Żeby pani o mnie pamiętała!", rzekła, wręczając maskotkę pani ordynator. - Jak miałabym nie pamiętać? - mówi Urszula Dziurewicz. - Przecież tak cieszy, gdy terapia się powiedzie. Okazało się, że pacjent, który wyszedł z naszego oddziału, opisał swoj ą historię, a ta stała się fabułą jednego z odcinków serialu "Na dobre i na złe". To był jego niebanalny pomys ł podziękowania za uratowanie życia. Dr Urszula Dziurewicz uważa, że na jej oddział trafiają tylko pracownicy o specyficznym charakterze, a zwłaszcza ponadprzeciętnych moż - liwościach adaptacji do stresu. - Codzienne obcowanie ze śmiercią bardzo obciąża psychikę! Każdy z nas ma swoją metodę odreagowywania. Stąd nasze szerokie zainteresowania natury pozazawodowej. Ale nie da się ukryć, że najbardziej odczuwają ten stres nasze rodziny... Inne rodziny, te należące do naszych umierających pacjentów, niewątpliwie przeżywają wielkie tragedie. Dla nas zetknięcie z nimi stanowi zawsze ogromne prze- życie. Ale źle by było... gdybyśmy z nimi płakali.

KRóTKA HISTORIA ODDZIAŁU

W 1968 roku w Szpitalu Wojewódzkim w Koszalinie zawiązał się Dział Anestezjologii, złożony z kilku lekarzy i pielęgniarek. Kierowała nimi doktor Zofia Wiśniewska. Lekarze tworzący zespół uczyli się i nabierali doświadczenia, pracując głównie na salach operacyjnych, a także uczestnicząc w leczeniu ciężko chorych na innych Oddziałach. - Zwiększenie liczby anestezjologów pozwoliło nam na pełne zabezpieczenie planowanych zabiegów operacyjnych, wspomina w opisywanej przez siebie historii oddziału Zofia Wiśniewska. - Dzięki nowoczesnym, bezpiecznym metodom znieczulenia znacznie poszerzyliśmy zakres świadczonych zabiegów operacyjnych. Anestezjolodzy włączyli się do opieki nad chorymi z zagrożeniem życia. - Najpoważniejszym mankamentem pierwszych lat działania była niemożność wdrożenia bezpiecznej, mechanicznej wentylacji pacjentów oraz ich ciągłego monitorowania - ocenia obecna ordynator, dr Urszula Dziurewicz. - Te braki wpływały niestety na zwiększoną śmiertelność wśród chorych. We wrześniu 1983 roku w Szpitalu koszalińskim powstał Oddział Intensywnej Terapii - pierwszy tego typu oddział w dawnym województwie koszalińskim. Konieczne okazało się wyburzenie starej izby przyjęć i rozbudowa nowej. - Konsultant krajowy, profesor Witold Jurczyk, stawiał ten oddział za przykład dla innych szpitali! Pierwsze dwa nowoczesne respiratory Bennet pochodziły z darów, dzięki pośrednictwu biskupa Ignacego Jeża. Pod kierownictwem Zofii Wiśniewskiej blisko 30 lekarzy uzyskało tu specjalizację I i II stopnia. Wielu lekarzy spędziło w tym oddziale zdecydowaną większość swojego życia. Nie można nie wspomnieć o pierwszych prowadzących Oddział Intensywnej Terapii, dr Eugeniuszu Kuryle, Andrzeju Melce. Pani dr Teresa Szewczyk i Maria Łada to prawdziwe weteranki anestezjologii. Od dwóch lat ordynatorem oddziału Anestezjologii i Intensywnej Terapii jest dr Urszula Dziurewicz. Poza nią pracuje tu pięciu lekarzy z II stopniem specjalizacji, pięciu z I stopniem oraz czterech lekarzy specjalizujących się i 40 pielęgniarek. W opinii obecnego specjalisty regionalnego, docenta doktora hab. Romualda Bohatyrowicza, oddział ten zasługuje na pozycję najlepszego po ośrodkach klinicznych w województwie zachodniopomorskim. 2003 r.