Tam, gdzie ratują życie
Artykuł dodany przez:
Ze zdjęcia od ucha do ucha uśmiecha się 1,5-roczny Marcin, który jako noworodek długo chorował na posocznicę i zapalenie kości. "Dziś czuje się dobrze, biega jak oszalały, dużo mówi, bez przerwy się śmieje. Zostały mu tylko niewielkie blizny po chorobie", napisała mama Marcina w księdze pamiątkowej Oddziału Anestezjologii, Intensywnej Terapii Dziecięcej i Neonatologicznej Szpitala W ojewódzkiego w Koszalinie.
Na koszaliński oddział intensywnej opieki i terapii dla dzieci
trafiają pacjenci przed ukończeniem 16. roku życia. Połowa z nich
to noworodki, a z kolei spośród noworodków zdecydowana większość
to maluchy urodzone przed terminem. Dla personelu medycznego
utrzymanie przy życiu wcześniaka o wadze urodzeniowej 700 gramów
nie jest dziś niczym niezwykłym. Zaledwie kilkanaście lat temu taki
wyczyn graniczył z cudem. Dziś niespełna kilogramowe maleństwa wędrują
do inkubatorów niemal wprost z łon swych matek. Po upływie kilku
tygodni i co najmniej podwojeniu swej wagi wędrują do domów,
do uszczęśliwionych rodziców. Zespół lekarzy koszalińskiego oddziału
intensywnej terapii dla dzieci może się poszczycić utrzymaniem przy
życiu wcześniaka, który w momencie urodzenia ważył 470 gramów!j
- Noworodek tak naprawdę może zginąć tylko z jednego powodu:
wychłodzenia organizmu
- mówi ordynator oddziału, doktor
Andrzej Melka. Z boku ściany inkubatora wyświetla
się aktualna temperatura ciała "lokatora", a obok - temperatura
powietrza wewnątrz inkubatora. Jeśli noworodek ma temperaturę,
prawidłową dla ludzkiego ciała, temperatura wokół niego winna
być o 2- 3 stopnie wyższa. Jeśli gorączkuje, temperaturę wewnątrz
inkubatora należy obniżyć. - Ale przy wcześniakach mamy zazwyczaj
odwrotny problem. Wcześniaka bardzo trudno jest ogrzać
- mówi lekarz. - Przy tym każdy wcześniak potrzebuje wilgotności.
Chce się po prostu czuć jak w łonie mamy... - Dlatego z każdym z nich
trzeba obchodzić się jak z jajkiem
- dopowiada pielęgniarka
Małgorzata Szubstarska. - W dodatku z jajkiem
zupełnie pozbawionym twardej skorupki
- kończy lekarz. Skóra
niedonoszonego noworodka w inkubatorze jest cienka, zbyt delikatna.
Bywa, że u dziecka urodzonego w 6-7 miesiącu ciąży nie otwierają się
jeszcze powieki.
Pielęgniarki z intensywnej terapii otrzymują masę podziękowań od wdzięcznych rodziców małych pacjentów.
W dziecięcych żyłach, doskonale widocznych pod cieniutką skórą, tkwią
wenflony. Oddychanie wspomaga respirator. Maleńkie stworzonko
w pampersie spowite jest plątanin ą miękkich rurek. Żal patrzeć,
ale każda matka rozumie, że tak być musi, by jej dziecko zostało
uratowane. Jeszcze się nie zdarzyło, by jakiś rodzic zaprotestował
przeciwko licznym kaniulacjom (czyli wkłuciom), czujnikom itp.
Czasem maleństwo wymaga założenia wenflonu do żyły głównej.
Pielęgniarka ostrożnie wsuwa dłoń w otwór inkubatora i lekko podnosi
główkę leżącej w środku miniaturowej ludzkiej istoty. Przystawia
rurkę z tlenem w okolice noska. Trudno uwierzyć, że dziewczynka waży
"aż" 1300 gramów. - Półtora miesiąca temu była o połowę mniejsza
i lżejsza
- zapewnia Małgorzata Szubstarska.
- O, jakie miny robi, jak się uśmiecha! Lada dzień pójdzie do
domu.
Nad inkubatorem miga barwami monitor funkcji życiowych
leżącego wewnątrz dziecka. Uspokaja rodziców; daje natychmiastowe
wskazówki lekarzowi. U góry ekranu zmieniająca się wciąż zielona
liczba uderzeń serca na minutę, pod nią różowa liczba określająca
zawartość tlenu w hemoglobinie (czyli po prostu puls dziecka), na dole
ekranu biała liczba oddechów na minutę. Jakie liczby byłyby najlepsze?
- W intensywnej terapii nie obowiązują żadne reguły
- uśmiecha
się Andrzej Melka. - Bywa tak, że wszystkie miejsca zajmują
wcześniaki, a bywa i tak, że oddział jest pełen wyłącznie dzieci
poszkodowanych w różnorakich wypadkach.
Jakich? Przeważnie
oparzeniach, utonięciach i urazach, doznanych w wypadkach
komunikacyjnych. Ale trafiają tu także najmłodsi niedoszli samobójcy.
- Pół biedy, jeśli nastolatek usiłuje pozbawić się życia
lub postraszyć rodziców, zażywając nadmierną ilość leków. Inne sposoby
są zdecydowanie bardziej niebezpieczne
. Tutaj wyprowadza się
także młode organizmy z innych, przypadkowych ciężkich zatruć:
grzybami, środkami chemicznymi itp., a także tzw. wstrząsów polekowych
oraz stanów wyniszczenia i niedożywienia. Przez Oddział
Anestezjologii, Intensywnej Terapii Dziecięcej i Neonatologicznej
Szpitala Wojewódzkiego w Koszalinie "przewija się" rocznie
ok. 220 pacjentów. To dwukrotnie więcej niż na początku jego
działalności 13 lat temu. Ponieważ oddział zrobił się dla nich
za mały, w tym roku został gruntownie przebudowany. - My pracujemy
w systemie ostrego dyżuru przez 24 godziny. Tutaj nie ma sal chorych
ani nawet łóżek
- mówi ordynator. - Na intensywnej terapii
są po prostu stanowiska. Każde dziecko w stanie zagrożenia życia
potrzebuje oddzielnego stanowiska, w którym odbywa się cały cykl
diagnostyczno-leczniczy.
Stąd m. in. całodobowy dyżur lekarza
anestezjologa, stały dostęp personelu oddziału do banku krwi, bloku
operacyjnego chirurgii dziecięcej, badań radiologicznych
i ultrasonograficznych, przewoźny rentgen, a także karetka
reanimacyjna do stałej dyspozycji oddziału i transportowy inkubator
wraz z monitorem, respiratorem i pompą strzykawkową, służący
do szybkiego przewożenia noworodków na koszaliński oddział.
Ma to szczególne znaczenie w przypadku najmniejszych wcześniaków,
wybierających się na świat jeszcze przed upływem 30. tygodnia ciąży.
Takie porody rozpoczynają się zazwyczaj w domu, i to w dodatku bardzo
gwałtownie.
Chłopcy są mniej odporni - mówi ordynator Andrzej Melka.
Przyjeżdżają tu także maluchy ze szpitali w Białogardzie,
Połczynie Zdroju, Szczecinku, Kołobrzegu, Sławnie, Miastku i Wałczu.
- Czyli zewsząd, gdzie nie ma neonatologii
- kwituje Andrzej
Melka. - Zgodnie z tą samą zasadą na koszaliński oddział patologii
ciąży z innych szpitali w regionie kierowane są kobiety, których
dzieciom grozi, że się przedwcześnie urodzą. Tu w miarę możliwości
wspomagamy rozwój tych dzieci, głównie poprzez podawanie ich matkom
preparatów przyśpieszających dojrzewanie płuc. Tak przygotowane dzieci
mają po przedwczesnym urodzeniu większą szansę przeżycia. Główną
przyczynę śmierci dzieci stanowi jakaś niewydolność: krążenia,
oddychania lub centralnego układu nerwowego.
Prawdziwy przełom
w chorobie, zwanej zespołem zaburzenia oddychania noworodków,
spowodowało odkrycie surfaktantu. Jest to preparat otrzymywany bądź
to z bydlęcych płuc, bądź drogą syntetyczną, w Polsce stosowany
na szeroką skalę od około 10 lat. Podczas tej dekady śmiertelność
noworodków raptownie zmalała. - Surfaktant stworzył wcześniakom
totalnie inne szanse życiowe
- zachwyca się lekarz.
- Wstrzyknięty bezpośrednio do płuc, przeważnie zaraz po urodzeniu
się dziecka, powoduje ich natychmiastowe rozprężenie
i upowietrzenie.
Intensywna terapia neonatologiczna rozwinęła się
dopiero na przełomie lat 80. i 90. Szpitale zainwestowały wówczas
w sprzęt do leczenia noworodków, doszkoliły personel i otworzyły
odrębne oddziały. Koszaliński był jednym z pierwszych. Jak wszystkie
nowoczesne dziecięce oddziały szpitalne, stanął otworem do wszystkich
rodziców. Dał im zarówno pełne prawo do wyczerpującej informacji
o stanie zdrowia ich dzieci, jak i praktycznie nieograniczoną
możliwość przebywania blisko nich. - Jeżeli przy chorym dziecku
nie ma matki, dziecko gorzej się leczy. Jeszcze 20 lat temu medycyna
o tym nie wiedziała, a dzieci - umierały
- przyznaje doktor Melka.
Po remoncie, dobiegającym właśnie końca, Oddział Anestezjologii,
Intensywnej Terapii Dziecięcej i Neonatologicznej znacznie się
powiększy. Ale już przed remontem wyprowadzono stąd odwiedzających
na oddzielną klatkę schodową, by maksymalnie ułatwić i przyśpieszyć
transport ciężko chorych dzieci przez główne wejście.
Matki wcześniaków rozumieją, że tylko pobyt w inkubatorze może uratować życie dziecka.
- Zaraz przy nim będzie zupełnie nowe miejsce dla "świeżych"
noworodków
- lekarz demonstruje pachnące nowym tynkiem przestronne
pomieszczenie wyłożone glazurą w ciepłych odcieniach. Stamtąd,
po wstępnych intensywnych zabiegach terapeutycznych, noworodki będą
przenoszone do "starej" części, gdzie mieści się izolatka (np. dla
pacjentów z zapaleniem opon mózgowo- rdzeniowych) i 6 oddzielnych
stanowisk. - Stanowiska intensywnej opieki medycznej tworzy się
w zależności od potrzeb
- tłumaczy lekarz. - Takie stanowisko
jest po prostu bardzo drogie: inkubator, zestaw monitorujący,
respirator, zestaw urządzeń dozujących płyny infuzyjne... Do tego
jeszcze można dodać ssak, lampę do fototerapii (leczenia światłem,
powstrzymującego rozwój żółtaczki u noworodków) i kapnograf, czyli
urządzenie do pomiaru dwutlenku węgla w organizmie, co z kolei jest
konieczne, by ustawić odpowiednie parametry respiratora. Jeśli
odbierzemy telefon, że jedzie do nas większy pacjent (zazwyczaj
zaczyna się właśnie od telefonu), wynosimy większe łóżko z magazynu.
I po wszystkim. Pozostały sprzęt przecież czeka.
Oddzielne wejście
prowadzi rodziców do poczekalni, pełnej roślin i miękkich mebli.
Wszystko po to, by łatwiej odreagować szpitalny stres. Tu można kupić
ochronny fartuch i obuwie z automatu; porozmawiać, naradzić się,
dowiedzieć od personelu, jak karmić niedojrzałego, chorego noworodka.
Tu można również załatwić formalności związane z dłuższym pobytem
rodziców w szpitalu. Wiele matek decyduje się zamieszkać w pokojach
hotelowych parę pięter wyżej. - Są też matki, które po prostu
siedzą przy łóżeczkach całymi nocami
- mówi pielęgniarka.
To właśnie te matki ślą później na ręce lekarzy i pielęgniarek
świąteczne kartki, zdjęcia, laurki. Błogosławieństwem dla takich matek
jest otwarty inkubator, najnowszy dar Wielkiej Orkiestry Świątecznej
Pomocy dla oddziału. Nie nawilża, więc nie nadaje się dla wymagających
zwiększonej wilgotności wcześniaków, ale za to łatwiej w nim wykonywać
większość zabiegów wokół donoszonych, choć chorych niemowlaków.
Dlatego otwarty inkubator jest bardzo przydatny przy przyjęciu
noworodka na oddział. Dziecko ogrzewa od góry wielka lampa. Rodzice
mogą swobodnie go dotykać w przerwach pomiędzy zabiegami. - Choć
generalnie rodzice boją się "tych rurek"...
Andrzej Melka wyjawia,
że oddziały intensywnej opieki nad noworodkiem odgrywają szczególną
rolę w naszym regionie: właśnie w województwie zachodniopomorskim
przychodzi na świat najwięcej wcześniaków. Dlaczego? Okazuje się,
że winien jest młody (czasem widać zbyt młody...) wiek matek.
- Wcześniactwo, jeśli nie jest wynikiem skłonności genetycznych,
bierze się z różnorakich zakażeń. A na te zakażenia "pracują" same
matki. Te młode często w czasie ciąży nie dbają o siebie należycie,
beztrosko traktują infekcje, przeziębienia. Ich zakażenie
bezpośrednio i natychmiast przenosi się na dziecko. Potem, przerażone,
modlą się, by przedwcześnie urodzone dziecko przeżyło; by weszło
w życie bez powikłań. Na szczęście, bardzo często tak właśnie się
kończy.
Lekarz dziwi się, jak często jeszcze wśród rodziców
pokutują mity w rodzaju np. tego, że siedmiomiesięczny wcześniak
będzie się lepiej "chował" niż ośmiomiesięczny. Prawdą jest natomiast,
że częściej udaje się utrzymać przy życiu dziewczynkę z bardzo małą
wagą urodzeniową, niż chłopca. - Chłopcy z natury są mniej
odporni...
FAKTY I LICZBY
- na dziecięcym oddziale intensywnej terapii pracuje 4 lekarzy z II stopniem specjalizacji i 2 z I stopniem specjalizacji, 22 pielęgniarki, 3 salowe, 1 sanitariusz;
- oprócz tego, oddział stale współpracuje z lekarzami konsultantami w zakresie neonatologii, chirurgii dziecięcej, radiologii dziecięcej, kardiologii dziecięcej (neonatologicznej), neurologii i rehabilitacji dziecięcej, chorób zakaźnych, dermatologii dziecięcej oraz przesiewowego badania słuchu i oceny okulistycznej;
- w 1999 roku leczono tu 78 noworodków, w tym 11 z wagą poniżej 1 kilograma; w 2000 - 68 noworodków, w tym 8 z wag ą poniżej 1 kilograma; w 2001;
- 86 noworodków, w tym 14 z wagą poniżej 1 kilograma; - w 1999 roku na oddziale podano noworodkom 30 fiolek surfaktantu, w 2000 - 23, a w 2001 - 29.
