Tam, gdzie ratują życie

28 sierpnia 2003
Artykuł dodany przez: Dział Jakości i Marketingu

Ze zdjęcia od ucha do ucha uśmiecha się 1,5-roczny Marcin, który jako noworodek długo chorował na posocznicę i zapalenie kości. "Dziś czuje się dobrze, biega jak oszalały, dużo mówi, bez przerwy się śmieje. Zostały mu tylko niewielkie blizny po chorobie", napisała mama Marcina w księdze pamiątkowej Oddziału Anestezjologii, Intensywnej Terapii Dziecięcej i Neonatologicznej Szpitala W ojewódzkiego w Koszalinie.

Na koszaliński oddział intensywnej opieki i terapii dla dzieci trafiają pacjenci przed ukończeniem 16. roku życia. Połowa z nich to noworodki, a z kolei spośród noworodków zdecydowana większość to maluchy urodzone przed terminem. Dla personelu medycznego utrzymanie przy życiu wcześniaka o wadze urodzeniowej 700 gramów nie jest dziś niczym niezwykłym. Zaledwie kilkanaście lat temu taki wyczyn graniczył z cudem. Dziś niespełna kilogramowe maleństwa wędrują do inkubatorów niemal wprost z łon swych matek. Po upływie kilku tygodni i co najmniej podwojeniu swej wagi wędrują do domów, do uszczęśliwionych rodziców. Zespół lekarzy koszalińskiego oddziału intensywnej terapii dla dzieci może się poszczycić utrzymaniem przy życiu wcześniaka, który w momencie urodzenia ważył 470 gramów!j - Noworodek tak naprawdę może zginąć tylko z jednego powodu: wychłodzenia organizmu - mówi ordynator oddziału, doktor Andrzej Melka. Z boku ściany inkubatora wyświetla się aktualna temperatura ciała "lokatora", a obok - temperatura powietrza wewnątrz inkubatora. Jeśli noworodek ma temperaturę, prawidłową dla ludzkiego ciała, temperatura wokół niego winna być o 2- 3 stopnie wyższa. Jeśli gorączkuje, temperaturę wewnątrz inkubatora należy obniżyć. - Ale przy wcześniakach mamy zazwyczaj odwrotny problem. Wcześniaka bardzo trudno jest ogrzać - mówi lekarz. - Przy tym każdy wcześniak potrzebuje wilgotności. Chce się po prostu czuć jak w łonie mamy... - Dlatego z każdym z nich trzeba obchodzić się jak z jajkiem - dopowiada pielęgniarka Małgorzata Szubstarska. - W dodatku z jajkiem zupełnie pozbawionym twardej skorupki - kończy lekarz. Skóra niedonoszonego noworodka w inkubatorze jest cienka, zbyt delikatna. Bywa, że u dziecka urodzonego w 6-7 miesiącu ciąży nie otwierają się jeszcze powieki.

Pielęgniarki z intensywnej terapii otrzymują masę podziękowań od wdzięcznych rodziców małych pacjentów.

W dziecięcych żyłach, doskonale widocznych pod cieniutką skórą, tkwią wenflony. Oddychanie wspomaga respirator. Maleńkie stworzonko w pampersie spowite jest plątanin ą miękkich rurek. Żal patrzeć, ale każda matka rozumie, że tak być musi, by jej dziecko zostało uratowane. Jeszcze się nie zdarzyło, by jakiś rodzic zaprotestował przeciwko licznym kaniulacjom (czyli wkłuciom), czujnikom itp. Czasem maleństwo wymaga założenia wenflonu do żyły głównej. Pielęgniarka ostrożnie wsuwa dłoń w otwór inkubatora i lekko podnosi główkę leżącej w środku miniaturowej ludzkiej istoty. Przystawia rurkę z tlenem w okolice noska. Trudno uwierzyć, że dziewczynka waży "aż" 1300 gramów. - Półtora miesiąca temu była o połowę mniejsza i lżejsza - zapewnia Małgorzata Szubstarska. - O, jakie miny robi, jak się uśmiecha! Lada dzień pójdzie do domu. Nad inkubatorem miga barwami monitor funkcji życiowych leżącego wewnątrz dziecka. Uspokaja rodziców; daje natychmiastowe wskazówki lekarzowi. U góry ekranu zmieniająca się wciąż zielona liczba uderzeń serca na minutę, pod nią różowa liczba określająca zawartość tlenu w hemoglobinie (czyli po prostu puls dziecka), na dole ekranu biała liczba oddechów na minutę. Jakie liczby byłyby najlepsze? - W intensywnej terapii nie obowiązują żadne reguły - uśmiecha się Andrzej Melka. - Bywa tak, że wszystkie miejsca zajmują wcześniaki, a bywa i tak, że oddział jest pełen wyłącznie dzieci poszkodowanych w różnorakich wypadkach. Jakich? Przeważnie oparzeniach, utonięciach i urazach, doznanych w wypadkach komunikacyjnych. Ale trafiają tu także najmłodsi niedoszli samobójcy. - Pół biedy, jeśli nastolatek usiłuje pozbawić się życia lub postraszyć rodziców, zażywając nadmierną ilość leków. Inne sposoby są zdecydowanie bardziej niebezpieczne. Tutaj wyprowadza się także młode organizmy z innych, przypadkowych ciężkich zatruć: grzybami, środkami chemicznymi itp., a także tzw. wstrząsów polekowych oraz stanów wyniszczenia i niedożywienia. Przez Oddział Anestezjologii, Intensywnej Terapii Dziecięcej i Neonatologicznej Szpitala Wojewódzkiego w Koszalinie "przewija się" rocznie ok. 220 pacjentów. To dwukrotnie więcej niż na początku jego działalności 13 lat temu. Ponieważ oddział zrobił się dla nich za mały, w tym roku został gruntownie przebudowany. - My pracujemy w systemie ostrego dyżuru przez 24 godziny. Tutaj nie ma sal chorych ani nawet łóżek - mówi ordynator. - Na intensywnej terapii są po prostu stanowiska. Każde dziecko w stanie zagrożenia życia potrzebuje oddzielnego stanowiska, w którym odbywa się cały cykl diagnostyczno-leczniczy. Stąd m. in. całodobowy dyżur lekarza anestezjologa, stały dostęp personelu oddziału do banku krwi, bloku operacyjnego chirurgii dziecięcej, badań radiologicznych i ultrasonograficznych, przewoźny rentgen, a także karetka reanimacyjna do stałej dyspozycji oddziału i transportowy inkubator wraz z monitorem, respiratorem i pompą strzykawkową, służący do szybkiego przewożenia noworodków na koszaliński oddział. Ma to szczególne znaczenie w przypadku najmniejszych wcześniaków, wybierających się na świat jeszcze przed upływem 30. tygodnia ciąży. Takie porody rozpoczynają się zazwyczaj w domu, i to w dodatku bardzo gwałtownie.

Chłopcy są mniej odporni - mówi ordynator Andrzej Melka.

Przyjeżdżają tu także maluchy ze szpitali w Białogardzie, Połczynie Zdroju, Szczecinku, Kołobrzegu, Sławnie, Miastku i Wałczu. - Czyli zewsząd, gdzie nie ma neonatologii - kwituje Andrzej Melka. - Zgodnie z tą samą zasadą na koszaliński oddział patologii ciąży z innych szpitali w regionie kierowane są kobiety, których dzieciom grozi, że się przedwcześnie urodzą. Tu w miarę możliwości wspomagamy rozwój tych dzieci, głównie poprzez podawanie ich matkom preparatów przyśpieszających dojrzewanie płuc. Tak przygotowane dzieci mają po przedwczesnym urodzeniu większą szansę przeżycia. Główną przyczynę śmierci dzieci stanowi jakaś niewydolność: krążenia, oddychania lub centralnego układu nerwowego. Prawdziwy przełom w chorobie, zwanej zespołem zaburzenia oddychania noworodków, spowodowało odkrycie surfaktantu. Jest to preparat otrzymywany bądź to z bydlęcych płuc, bądź drogą syntetyczną, w Polsce stosowany na szeroką skalę od około 10 lat. Podczas tej dekady śmiertelność noworodków raptownie zmalała. - Surfaktant stworzył wcześniakom totalnie inne szanse życiowe - zachwyca się lekarz. - Wstrzyknięty bezpośrednio do płuc, przeważnie zaraz po urodzeniu się dziecka, powoduje ich natychmiastowe rozprężenie i upowietrzenie. Intensywna terapia neonatologiczna rozwinęła się dopiero na przełomie lat 80. i 90. Szpitale zainwestowały wówczas w sprzęt do leczenia noworodków, doszkoliły personel i otworzyły odrębne oddziały. Koszaliński był jednym z pierwszych. Jak wszystkie nowoczesne dziecięce oddziały szpitalne, stanął otworem do wszystkich rodziców. Dał im zarówno pełne prawo do wyczerpującej informacji o stanie zdrowia ich dzieci, jak i praktycznie nieograniczoną możliwość przebywania blisko nich. - Jeżeli przy chorym dziecku nie ma matki, dziecko gorzej się leczy. Jeszcze 20 lat temu medycyna o tym nie wiedziała, a dzieci - umierały - przyznaje doktor Melka. Po remoncie, dobiegającym właśnie końca, Oddział Anestezjologii, Intensywnej Terapii Dziecięcej i Neonatologicznej znacznie się powiększy. Ale już przed remontem wyprowadzono stąd odwiedzających na oddzielną klatkę schodową, by maksymalnie ułatwić i przyśpieszyć transport ciężko chorych dzieci przez główne wejście.

Matki wcześniaków rozumieją, że tylko pobyt w inkubatorze może uratować życie dziecka.

- Zaraz przy nim będzie zupełnie nowe miejsce dla "świeżych" noworodków - lekarz demonstruje pachnące nowym tynkiem przestronne pomieszczenie wyłożone glazurą w ciepłych odcieniach. Stamtąd, po wstępnych intensywnych zabiegach terapeutycznych, noworodki będą przenoszone do "starej" części, gdzie mieści się izolatka (np. dla pacjentów z zapaleniem opon mózgowo- rdzeniowych) i 6 oddzielnych stanowisk. - Stanowiska intensywnej opieki medycznej tworzy się w zależności od potrzeb - tłumaczy lekarz. - Takie stanowisko jest po prostu bardzo drogie: inkubator, zestaw monitorujący, respirator, zestaw urządzeń dozujących płyny infuzyjne... Do tego jeszcze można dodać ssak, lampę do fototerapii (leczenia światłem, powstrzymującego rozwój żółtaczki u noworodków) i kapnograf, czyli urządzenie do pomiaru dwutlenku węgla w organizmie, co z kolei jest konieczne, by ustawić odpowiednie parametry respiratora. Jeśli odbierzemy telefon, że jedzie do nas większy pacjent (zazwyczaj zaczyna się właśnie od telefonu), wynosimy większe łóżko z magazynu. I po wszystkim. Pozostały sprzęt przecież czeka. Oddzielne wejście prowadzi rodziców do poczekalni, pełnej roślin i miękkich mebli. Wszystko po to, by łatwiej odreagować szpitalny stres. Tu można kupić ochronny fartuch i obuwie z automatu; porozmawiać, naradzić się, dowiedzieć od personelu, jak karmić niedojrzałego, chorego noworodka. Tu można również załatwić formalności związane z dłuższym pobytem rodziców w szpitalu. Wiele matek decyduje się zamieszkać w pokojach hotelowych parę pięter wyżej. - Są też matki, które po prostu siedzą przy łóżeczkach całymi nocami - mówi pielęgniarka. To właśnie te matki ślą później na ręce lekarzy i pielęgniarek świąteczne kartki, zdjęcia, laurki. Błogosławieństwem dla takich matek jest otwarty inkubator, najnowszy dar Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy dla oddziału. Nie nawilża, więc nie nadaje się dla wymagających zwiększonej wilgotności wcześniaków, ale za to łatwiej w nim wykonywać większość zabiegów wokół donoszonych, choć chorych niemowlaków. Dlatego otwarty inkubator jest bardzo przydatny przy przyjęciu noworodka na oddział. Dziecko ogrzewa od góry wielka lampa. Rodzice mogą swobodnie go dotykać w przerwach pomiędzy zabiegami. - Choć generalnie rodzice boją się "tych rurek"... Andrzej Melka wyjawia, że oddziały intensywnej opieki nad noworodkiem odgrywają szczególną rolę w naszym regionie: właśnie w województwie zachodniopomorskim przychodzi na świat najwięcej wcześniaków. Dlaczego? Okazuje się, że winien jest młody (czasem widać zbyt młody...) wiek matek. - Wcześniactwo, jeśli nie jest wynikiem skłonności genetycznych, bierze się z różnorakich zakażeń. A na te zakażenia "pracują" same matki. Te młode często w czasie ciąży nie dbają o siebie należycie, beztrosko traktują infekcje, przeziębienia. Ich zakażenie bezpośrednio i natychmiast przenosi się na dziecko. Potem, przerażone, modlą się, by przedwcześnie urodzone dziecko przeżyło; by weszło w życie bez powikłań. Na szczęście, bardzo często tak właśnie się kończy. Lekarz dziwi się, jak często jeszcze wśród rodziców pokutują mity w rodzaju np. tego, że siedmiomiesięczny wcześniak będzie się lepiej "chował" niż ośmiomiesięczny. Prawdą jest natomiast, że częściej udaje się utrzymać przy życiu dziewczynkę z bardzo małą wagą urodzeniową, niż chłopca. - Chłopcy z natury są mniej odporni...

FAKTY I LICZBY

  • na dziecięcym oddziale intensywnej terapii pracuje 4 lekarzy z II stopniem specjalizacji i 2 z I stopniem specjalizacji, 22 pielęgniarki, 3 salowe, 1 sanitariusz;
  • oprócz tego, oddział stale współpracuje z lekarzami konsultantami w zakresie neonatologii, chirurgii dziecięcej, radiologii dziecięcej, kardiologii dziecięcej (neonatologicznej), neurologii i rehabilitacji dziecięcej, chorób zakaźnych, dermatologii dziecięcej oraz przesiewowego badania słuchu i oceny okulistycznej;
  • w 1999 roku leczono tu 78 noworodków, w tym 11 z wagą poniżej 1 kilograma; w 2000 - 68 noworodków, w tym 8 z wag ą poniżej 1 kilograma; w 2001;
  • 86 noworodków, w tym 14 z wagą poniżej 1 kilograma; - w 1999 roku na oddziale podano noworodkom 30 fiolek surfaktantu, w 2000 - 23, a w 2001 - 29.