Lekarz musi umieć liczyć

25 września 2003
Artykuł dodany przez: Dział Jakości i Marketingu

Rozmowa z MARKIEM STACHOWICZEM dyrektorem Szpitala Wojewódzkiego w Koszalinie

Redakcja
Stanowisko dyrektora Szpitala Wojewódzkiego w Koszalinie objął Pan dość niespodziewanie. Mówiło się, że dyrektor zostanie przywieziony w teczce wprost ze stolicy województwa, a tu nagle zamiast niego, pojawia się szef Zakładu Opieki Zdrowotnej z niewielkiego Malechowa...
Marek Stachowicz
Pewna etapowość zawodowej kariery jest rzeczą całkowicie naturalną. Sądzę, że każdy z nas w miarę jej upływu ma potrzebę realizacji ambicji, może i marzeń...? Dla mnie wszystko, co dotyczy ochrony zdrowia, jest tak samo ważne. A że dane mi jest realizować zawodowe ambicje w różnych placówkach służby zdrowia, to tylko powód do zadowolenia.
R
Nie bał się Pan Koszalina?
MR
Ależ ja Koszalin całkowicie oswoiłem już prawie ćwierć wieku temu! W 1980 roku zacząłem staż na tutejszym oddziale chirurgii. Pochodzę z Chojnic, studia kończyłem w Gdańsku i to tam miałem odbyć staż. Jednak klimat Sierpnia`80 spowodował chęć pójścia w Polskę.
R
Kim był obecny lekarz i działacz SLD w klimacie Sierpnia`80?
MR
Byłem jednym z młodych ludzi, mocno zaangażowanych w działalność Zrzeszenia Studentów Polskich, a traktując sprawę szerzej - w życie społeczne po prostu. Gdy trwały sierpniowe strajki, miałem już rodzinę, małe dziecko. Pamiętam więc, że baliśmy się bardzo, kiedy wyłączano prąd. Tak naprawdę to, że założyłem już rodzinę zadecydowało o przeniesieniu się do Koszalina. Województwo koszalińskie zaliczało się wówczas bowiem do województw deficytowych. A gdańskie nie...
R
Co to znaczy: województwo deficytowe?
MR
W aspekcie najważniejszym z mojego ówczesnego punktu widzenia oznaczało to, że osiedlające się w takim właśnie województwie młode małżeństwo dostanie 100 tysięcy złotych pożyczki "na zagospodarowanie", które umarzano po siedmiu latach. A poza tym tu były konie, stadnina w Białym Borze, liczne a kuszące tereny łowieckie - jednym słowem od razu znaleźliśmy tu z żoną klimat, który nam bardzo odpowiadał.
R
Zapamiętał Pan z tamtych czasów kogoś, kto tu, w Koszalinie, odegrał istotną rolę w Pana życiu?
MR
Takimi bezsprzecznymi autorytetami byli Lech Wróblewski, ówczesny lekarz wojewódzki i Ekspedyt Wieliczko, dyrektor szpitala. No i oczywiście wielu innych lekarzy: Zuzanna Czernicka, Leon Konieczny, ówczesny ordynator chirurgii... Doktor Konieczny to była silna, niezwykła osobowość, ukazująca chirurgię z bardzo pięknej strony, takiej służącej człowiekowi. A trzeba pamiętać, że w tamtych czasach w poziomach awansu zawodowego panowały stosunki bardzo feudalne. Tym bardziej cenna była wiedza doktora Koniecznego i sposób dzielenia się nią z młodym stażystą.
R
A jak obecny dyrektor zapamiętał dyrektora sprzed ponad 20 lat?
MR
Panowie Wróblewski i Wieliczko pokazali młodemu lekarzowi, jak można z fasonem i klasą dotrzymywać zobowiązań wobec młodych. Bo ja nie byłem sam - przyszło nas wtedy do Koszalina całkiem sporo, bo wokół tego województwa panował, przynajmniej w Gdańsku, dobry klimat. Wcale nie ze względu na wspomniane deficytowe kredyty... Oni od razu dali nam wszystkim ogromną samodzielność i obdarzyli wielkim zaufaniem. Ja ten ich dar właściwie noszę do dziś. To znaczy, że wtedy nie mogłem i dziś tak samo nie mogę zawieść.
R
Co było dalej?
MR
Po koszalińskim stażu rozpocząłem równocześnie pracę w szpitalu w Sławnie i w ośrodku zdrowia w pobliskim Lejkowie, który podlegał wówczas koszalińskiemu szpitalowi. Dzieliłem czas po równo między dyżury w szpitalu a pracę na samodzielnym stanowisku; tyle, że na tym drugim byłem bardzo dobrze wynagradzany. Zupełnie nie dążyłem do otwarcia prywatnej praktyki. Zrobiłem to dopiero w 1996 roku, po zrobieniu drugiego stopnia specjalizacji.
R
Czyli w czasie nader łaskawym dla polityków lewicy.
MR
Owszem, rok później zostałem radnym miasta Sławna z ramienia SdRP.
R
Dlaczego lekarz łączy funkcje polityczne z typowo medycznymi?
MR
Oczywistym dla każdego człowieka jest, że po to, by coś zmieniać, nie wystarczy chcieć. Ja chciałem już wtedy zmieniać system ochrony zdrowia. W wielu obszarach nie chciałem się zgodzić w powszechnie panującym marazmem. Chciałem skuteczniej dawać pacjentom to, czego oczekują. Etap indywidualnej działalności miałem już wówczas za sobą. A powyżej tego etapu nie wystarczy chcieć; trzeba mieć solidne zaplecze.
R
Znalazł Pan to zaplecze w Szpitalu Wojewódzkim w Koszalinie?
MR
Oczywiście. Przecież ten szpital to nie jest mój własny interes. On jest przedsiębiorstwem z humanitarnym przesłaniem. Musi mieć zaplecze, pozwalające na szukanie indywidualnych rozwiązań. Jego właścicielem jest samorząd województwa zachodniopomorskiego. Czy można się dziwić, że ten samorząd chciał tu po prostu osadzić znanego sobie człowieka...? Ja zaplecze dla siebie znajduję w sejmiku wojewódzkim, w zarządzie województwa, a zwłaszcza w ludziach, którzy zarówno w przeszłości, jak i dzisiaj, byli i są życzliwi temu szpitalowi.
R
Na przykład w kim?
MR
Na przykład w przewodniczącym sejmikowej komisji gospodarki Jerzym Mokrzyckim. Albo w pani dyrektor Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie, radnej Krystynie Kościńskiej, w dyrektorze Zakładu Gazowniczego - Marku Kęsiku, w dyrektorze szczecineckiej Stacji Hodowli i Unasienniania Zwierząt -Andrzeju Żebrowskim, w końcu w przewodniczącym społecznej rady szpitala - Andrzeju Muszyńskim. No i przede wszystkim w prezydencie Koszalina Mirosławie Mikietyńskim, który przez minione 12 lat rządził tym szpitalem...
R
... pomimo całkowicie odmiennej opcji politycznej?
MR
W kwestiach, dotyczących służby zdrowia, bardzo trudno jest dzielić ludzi na czerwonych, zielonych i tak dalej. My przede wszystkim obaj jesteśmy lekarzami.
R
A wrogów też Pan ma?
MR
Nic o tym nie wiem. Ale nawet, jeśli by się jacyś wrogowie znaleźli, to czas pozwoli na ułożenie prawidłowych relacji. Nie sądzę, by któryś z ewentualnych wrogów kwestionował priorytety w postaci dobra pacjentów i pomyślności pracowników szpitala. Nie ja je ustalałem na swój użytek, bo to dla dyrektora szpitala są wartości nadrzędne i ponadczasowe. Mam poczucie ogromnej odpowiedzialności wobec wszystkich pracowników. Ufając mi, mają oni prawo ode mnie wymagać, choć skala tych wymagań jest naprawdę ogromna. Pracuję bezpośrednio z ogromnym i niezwykle wrażliwym organizmem w postaci zespołu 180 lekarzy oraz 600 pielęgniarek i położnych. Życiowym powołaniem tego organizmu jest ratowanie życia i zdrowia.
R
Na ile ta praca jest zgodna z Pana wyobrażeniami, marzeniami...?
MR
Jeśli by spojrzeć na moje marzenia skonfrontowane z rzeczywistością, patrzyłem na szpital jak na magiczny mechanizm, który z dziecięcą ciekawością chciałem poznać bliżej. Nie myślałem, że będzie mi to dane...
R
Co wyskoczyło z tego mechanizmu?
MR
Zobaczyłem z bliska, jak bardzo poprawił się stan techniczny we wszystkich pionach. To dobrze, bo on w dużym stopniu rzutuje na bezpieczeństwo i komfort pacjentów. Lata 2000 i 2001 były naprawdę świetne pod kątem finansowania ochrony zdrowia. Stąd możliwość wykonania w tych latach tylu modernizacji i remontów w koszalińskim szpitalu. Dziś już nie mamy pieniędzy na inwestycje, niemniej kilka z nich nie może dłużej czekać. Są to przede wszystkim: modernizacja szpitalnej apteki i remont pionu ginekologiczno-położniczego z oddziałem noworodków, w którym mamy i dzieci będą mogły ze sobą przebywać razem w tzw. systemie rooming-in, w lepszych warunkach. No i dokończenie inwestycji w oddziale ratowniczym.
R
To chyba teraz bardzo modne oddziały?
MR
Owszem, oddziały ratownicze to także kwestia pewnej mody, ale zdecydowanie bardziej realnej potrzeby. Chcemy mieć wszelkie możliwości ratowania ludzi w stanach zagrożenia życia. Żeby każdy, kto tutaj trafi, wiedział, że nie jest przedmiotem, ale podmiotem, na którego problemie skupimy się wszyscy. Przypomnę, że najbliższe oddziały ratownicze znajdują się tylko w Szczecinku i w Gryficach. W Koszalinie taki oddział będzie jednym z elementów powiatowego systemu ratownictwa. Jest już zrąb kadry i profesjonalne zespoły wyjazdowe, które powoli wyłaniają się z chaosu zwanego pogotowiem. Nasz szpital prowadzi też tzw. ostry dyżur wieńcowy dla pacjentów w promieniu ok. 100 kilometrów od Koszalina. Dyżur kompletnie niedoceniany przez Narodowy Fundusz Zdrowia, który woli czekać, aż z naszych pacjentów zrobią się kaleki, ludzie z ciężkimi powikłaniami wieńcowymi.
R
Jak to?
MR
Podam przykład: skończyły się już limity na angioplastykę, czyli zabiegi, zapobiegające tym ciężkim powikłaniom. Natomiast na renty, ciężkie operacje, pomoc w trwałym inwalidztwie pieniądze są. Inny przykład - Narodowy Fundusz Zdrowia nie zwraca nam za leczenie gości, spędzających wakacje w pasie nadmorskim, a pochodzących z innych terenów, czyli z obszarów byłych Kas Chorych innych niż Zachodniopomorska. Nie wyobrażam sobie, by szpital, mając potencjał, odmawiał komukolwiek przyjęcia. My nie selekcjonujemy ludzi, leczymy wszystkich. Również tych, za których nie dostajemy ani grosza. A nazbierało się tego już 700 tysięcy! Słowo daję, jak na to patrzę, to żałuję, że Gogol umarł tak wcześnie i Kafka też nie żyje...
R
Nie lubi Pan Narodowego Funduszu...
MR
Nie o to chodzi. Mam do siebie pretensje o niedotrzymanie obietnicy wyborczej z 2001 roku. Pamiętam hasło wyborcze, że nie będzie Kas Chorych, a szanse w dostępie do zdrowia będą równe. Wtedy w to wierzyłem, ale nie wyszło. Przyszły rok ma przynieść kolejną próbę zrównywania tych szans. Inna rzecz, że Szpital Wojewódzki nie jest odpowiedzialny za dostęp do zdrowia, tylko za wykonywanie świadczeń. Smutek polega na tym, że obywatele poprzez Narodowy Fundusz Zdrowia nie chcą tego produktu kupić. Jestem pewien, iż 2004 rok pokaże także, iż na polskim rynku musi się pojawić system ubezpieczeń alternatywny do Narodowego Funduszu.
R
Ma Pan jakiś pomysł?
MR
Mogę tylko umiejętnie wykorzystywać Narodowy Fundusz Zdrowia, by prowadzony przez mnie szpital dawał pacjentom produkt wysokiej jakości. Nic innego mi nie pozostaje. A obywatel powinien szukać płatnika zdecydowanie bardziej rzetelnego niż Narodowy Fundusz Zdrowia. Od choroby, tak jak od pożaru czy huraganu, można się przecież ubezpieczyć. Jeśli Narodowy Fundusz Zdrowia nie potrafi tego zapewnić, trzeba szukać dalej, aż do skutku. A inwestycja w zdrowie zawsze się opłaca, jeśli nie w formie wydłużenia życia, to w poprawie jego jakości.
R
Jak koszaliński szpital broni się w sytuacji ogólnej zapaści służby zdrowia?
MR
Dziś ta sytuacja rzeczywiście wygląda dość minorowo. Uświadomiłem ludziom odpowiedzialnym za zdrowie, jak wyglądają zagrożenia; że w nadchodzącym okresie wszyscy musimy intensywnie zdobywać pieniądze... Chyba znalazłem pełne zrozumienie. Procesujemy się więc o pieniądze, wydane przez szpital na pacjentów w stanie zagrożenia zdrowia lub życia, a do tej pory nam nie zwrócone jako tzw. nadlimity. Jest o co walczyć, bo za lata 2001 i 2002 zebrało się tego 5 milionów, a za ten rok już około trzech! Jeśli do tego wygramy tzw. "sprawę 203", czyli podwyżek dla pielęgniarek, które ponieśliśmy ze szpitalnej kasy, choć powinien je pokryć Narodowy Fundusz Zdrowia, nie będzie mowy o zapaści finansowej koszalińskiego szpitala! A jestem przekonany, że to się musi udać.
R
Personel dostanie podwyżki?
MR
Hmmm... Powiem tak: zrobię wszystko, by nie obniżać wynagrodzeń, a kiedy tylko pojawi się możliwość ich podwyższenia, zrobię to z wielką przyjemnością.
R
Jest piątkowe popołudnie, wszyscy pracownicy administracji dawno poszli do domu, ja zaraz też pójdę. Pan, widzę, zostaje. Co Pan będzie robił?
MR
Posiedzę nad rachunkiem ekonomicznym. Dziś nie da się być lekarzem, nie uwzględniającym praw ekonomii. Mówiąc po prostu: nie można być lekarzem, nieumiejącym liczyć pieniędzy. Miło mi, że wielu pracowników tego szpitala ma za sobą, podobnie jak ja, studia podyplomowe z zakresu ekonomii. A do tego języki obce, staże, podróże - wszystko na własny koszt. Czy to w porządku...? Chyba tak. Wszyscy to rozumiemy i dzięki temu współpraca jak dotąd układa nam się dobrze.

Rozmawiała Maja Ignasiak

Marek Stachowicz urodził się 11 lutego 1955 roku w Chojnicach, gdzie ukończył szkołę podstawową i średnią (Liceum im. Filomatów Chojnickich). W 1974 roku został studentem Wydziału Lekarskiego Akademii Medycznej w Gdańsku. Był przewodniczącym Koła Chirurgicznego przy I Klinice Chirurgii Ogólnej i wiceprzewodniczącym Studenckiego Towarzystwa Naukowego, Rady Wydziałowej Zrzeszenia Studentów Polskich. W trakcie studiów wygrał konkurs na praktykę zagraniczną i przez dwa miesiące zdobywał doświadczenia w Klinice Chirurgicznej Policlinico Umberto w Rzymie. Należał również do "młodej lewicy" w strukturach PZPR Akademii Medycznej. W 1993 został wybrany przewodniczącym Komisji Rewizyjnej Okręgowej Izby Lekarskiej w Gdańsku, która liczyła wtedy ponad 7000 lekarzy z trzech województw: gdańskiego, słupskiego i elbląskiego. W 1995 zdał egzamin na drugi stopień specjalizacji na chirurgii ogólnej, a w rok później wygrał konkurs na dyrektora Zakładu Opieki Zdrowotnej w Malechowie - jednostki samorządowej podległej Radzie Gminy Malechowo. Tam tworzył od podstaw system lekarza rodzinnego z całodobową dostępnością świadczeń, równocześnie wprowadzając informatyzację praktyk lekarskich, administracji i księgowości. W 1998 roku został przewodniczącym Komisji Zdrowia i Spraw Społecznych oraz przewodniczącym Klubu Radnych SLD Rady Powiatu Sławieńskiego. Rok 2000 podsumował pomyślnym egzaminem II stopnia z medycyny rodzinnej i uzyskaniem kwalifikacji lekarza rodzinnego. Od czerwca tego roku Marek Stachowicz nie ma prywatnej praktyki lekarskiej. Obecnie prowadzi ją jedynie na zasadzie chirurga - konsultanta w sławieńskim szpitalu. Ojciec trzech synów: Łukasza, Kacpra (obecnie studentów) oraz Huberta (gimnazjalisty). Żona Karolina prowadzi aptekę w Malechowie. Urlop...? Najwcześniej późną jesienią. Twierdzi, że ze względów organizacyjnych nie byłby w stanie operować, równocześnie intensywnie pogłębiając wiedzę i rozwiązują rachunek ekonomiczny prowadzonej przez siebie placówki. W dalekosiężnych dyrektorskich planach Marka Stachowicza leżą:

  • utworzenie w Szpitalu Wojewódzkim w Koszalinie pododdziału chirurgii onkologicznej;
  • prowadzenie w tymże szpitalu dyżurów neurotraumatologicznych z możliwością zaopatrywania tzw. ostrych przypadków w rodzaju np. krwiaków przymózgowych (co obecnie robią szczecińskie kliniki);
  • rozszerzenie zadań mieszczącego się na oddziale zakaźnym pododdziału hepatologicznego o możliwości szerszego diagnozowania i leczenia schorzeń wątroby;
  • konsekwentne rozszerzanie pionu kardiologicznego poprzez wprowadzenie pracowni elektrofizjologii serca i implantacji rozruszników wieloelektrodowych;
  • uruchomienie (jeszcze w tym roku!) pracowni rezonansu magnetycznego, które pozwoli na lepsze i bardziej nowoczesne diagnozowanie wielu schorzeń.