90 lat Szpitala Wojewódzkiego w Koszalinie
Artykuł dodany przez:
Przed grudniem 1913 roku, kiedy to obecny Szpital Wojewódzki w Koszalinie przy ul. Chałubińskiego 7 przyjął pierwszego pacjenta, Koszalin nie mógł się poszczycić żadnym medycznym przybytkiem z prawdziwego zdarzenia.
Było to o tyle dziwne, że ogólny poziom rozwoju miasta był wówczas bardzo wysoki. W ówczesnych czasach największym i najbardziej nowoczesnym szpitalem w całej regencji środkowopomorskiej początków ubiegłego wieku była prowadzona przez Joannitów klinika "Betania" w Połczynie Zdroju. Koszalinianie, których było wówczas ponad 20 tysięcy, musieli się zadowalać przybytkiem, usytuowanym w okolicy dzisiejszego Bałtyckiego Teatru Dramatycznego. Zresztą, pełnił on bardziej rolę przytułku aniżeli kliniki.
Szpital imienia Cesarza Wilhelma
W 1908 roku ówczesny koszaliński starosta Eisenhart-Rothe postanowił zbudować w mieście nowoczesny i duży szpital. Jako - mówiąc dzisiejszym językiem - "organ prowadzący" wybrano zgromadzenie diakonis "Salem" ("Pokój"), założone przez baronównę Teklę von Honerbein. Zajmowało się ono opieką nad dziećmi, chorymi i niepełnosprawnymi (siostry z "Salem" mieszkają dziś w Minden w Westfalii, nadal prowadząc domy opiekuńcze). Zgodnie z podpisanym w 1912 roku porozumieniem, koszalińskie starostwo miało wybudować szpital na 100 łóżek wraz z całym zapleczem na blisko 7 hektarach gruntu u stóp Góry Chełmskiej. Jego przekazanie diakonisom z "Salem" miało mieć charakter nieodpłatny. Projekt budynków szpitalnych wykonał duet niemieckich architektów z Królewca. Budowa ruszyła w maju 1912 roku. Pierwsze siostry przybyły do Koszalina w październiku, a 1 grudnia - ku swej wielkiej radości - przyjęły na leczenie dziecko, pierwszego pacjenta szpitala. Pierwszym dyrektorem koszalińskiego szpitala został dotychczasowy właściciel prywatnej kliniki chirurgicznej, Walter Rohleder. Siostry z "Salem", po gruntownym przygotowaniu pielęgniarskim, od początku zajmowały się chorymi pod okiem przełożonej, Berty von Massow. Pod koniec 1914 roku przeniosły się do domu macierzystego, gdzie mieściła się również szkoła pielęgniarstwa i żłobek (czyli do dzisiejszego tzw. głównego budynku szpitala, mieszczącego m.in. oddział oczny, neurologiczny ginekologiczny oraz wewnętrzny A i internistyczno -kardiologiczny). Budynki szpitalne, zaprojektowane przed I wojną światową niejako na wyrost, wraz z wybuchem wojny okazały się niewystarczające, ale dzięki dobudowaniu prowizorycznych baraków szpital wojenny był w stanie przyjąć nawet do 300 jeńców i uciekinierów. Szpitalny strych zamieniono w porodówkę. Wszystkie zaprojektowane z rozmachem mansardy i werandy zostały również przerobione na sale dla chorych.
Widok na szpital - lata trzydzieste.
Kryzys, wojna i wygnanie
Na przełomie lat 20. i 30. ubiegłego wieku szpital zyskał nowe
(tzw. południowe) skrzydło, obudowane dodatkowo niewielkimi
budyneczkami przy samej ścianie lasu, i większym, stanowiącym rodzaj
hotelu dla emerytowanych sióstr (dziś są tam stacja dializ i oddział
wewnętrzny B). To właśnie z tamtych czasów zachowała się pamiątkowa
kamienna tablica z wyrytym cytatem z Księgi Jozuego: "Ze wszystkich
obietnic, które Pan uczynił domowi Izraela, żadna nie zawiodła,
a wszystkie się spełniły"
(umieszczona dziś przy wejściu
do budynku, w którym mieści się m.in. oddział położniczy). Z takimi
słowy koszaliński szpital wszedł w lata tzw. Wielkiego Kryzysu.
Z powodu panującej biedy kasy chorych rzadko dawały skierowania
do szpitala, polecając tańsze lecznictwo ambulatoryjne. Szpital zatem
wyszedł naprzeciw chorym, poszerzając ofertę specjalistycznych
gabinetów i uruchamiając dział fizykoterapii. Na domiar złego
rozszalała się gruźlica, a oddziału zakaźnego dla gruźlików
w Koszalinie nie było. Dopiero Pomorskie Towarzystwo Leczenia
Gruźlicy ze Szczecina doprowadziło do budowy sanatorium przy ulicy
Słonecznej (gdzie dziś mieści się szpital psychiatryczny oraz
hospicjum). W czasie II wojny światowej koszaliński szpital znów
przyjął formę lazaretu. Polacy pracujący na Pomorzu jako robotnicy
przymusowi, a także jeńcy wojenni traktowali pobyt w szpitalu jak
błogosławieństwo. Lżej chorych z nadmiernie przepełnionego szpitala
przenoszono do okolicznych szkół, by całkiem wydobrzeli - w szpitalu
wciąż brakowało miejsc. Najkoszmarniejsze dla sióstr z "Salem" stały
się pierwsze dni marca 1945 roku, gdy trwały walki o Koszalin.
W ostatniej chwili, dzięki inicjatywie dyrektora, udało się odprawić
do Niemiec dwa pociągi z chorymi i dziećmi. Przełożona Berta
von Massow wraz z innymi siostrami czuwała nad najciężej chorymi,
przeniesionymi do schronów w podziemiach szpitala. Żołnierze
radzieccy, którzy rozpanoszyli się w szpitalu, nie mieli dla diakonis
cienia litości. Pozbawiane swych skromnych kosztowności, bite, a nawet
gwałcone, siostry trwały dzielnie w modlitwie i opiece nad ostatnimi
chorymi. Jeden z żołnierzy brutalnie rzucił na podłogę siostrę
przełożoną, gdy próbowała ochronić jedną z sióstr. Berta von Massow,
doznawszy wówczas pęknięcia podstawy czaszki, umierała przez miesiąc.
Cichy pogrzeb odbył się 12 kwietnia.
Radziecki lazaret, polski szpital wojskowy
Pogodzone z wolą Boską diakonisy powracały do pełnienia swej posługi na rzecz chorych i cierpiących. Nie był to łatwy powrót. Żołnierze w radzieckim lazarecie nie chcieli ich widzieć. 16 sióstr wraz z lekarzami i sanitariuszami zamieszkało najpierw w swoistym "obozie sanitarnym" w maleńkim mieszkaniu przy dzisiejszej ulicy Zwycięstwa (gdzie ranni i chorzy znaleźli azyl, leżąc pokotem na podłodze), a potem w budynku przy ul. Zwycięstwa 32, gdzie przed wojną i jeszcze długo po wojnie mieściła się apteka (dziś jest tam włoska restauracja). Choć Rosjanie bezkarnie plądrowali to miejsce, siostrom udawało się ratować ludność wydawanymi za darmo lekarstwami i witaminami ze starych zapasów. Niedługo cieszyły się względnym spokojem, gdyż w mieście wybuchł dur brzuszny. Radziecki komendant właśnie diakonisom z "Salem" nakazał urządzenie szpitala zakaźnego. Na jego lokalizację wytypował solidny budynek tzw. starego gimnazjum, również przy ulicy Zwycięstwa (gdzie dziś mieści się szkoła sportowa). Siostry na zwykłych taczkach zwoziły tam ciężko chorych, wydobywanych z piwnic i schronów. Choć większość z nich krótko potem umierała, prowizoryczny szpital i tak w krótkim czasie rozrósł się z 50 łóżek do 500 - epidemia zbierała żniwo. Malutki szpital nad apteką został w tym czasie zaanektowany przez przedsiębiorczego Polaka, siostry z "Salem" natomiast przeniosły się ze swymi zakaźnie chorymi najpierw na obecną ulicę Modrzejewskiej (budynek teatru), a potem na ulicę Orlą. Dokładnie w dwa lata po śmierci matki przełożonej ich szpital został rozwiązany. Koszalin musiał się zadowolić, niemal zupełnie tak samo jak przed rokiem 1914, niewielkim szpitalem miejskim, usytuowanym w gmachu obecnego Archiwum Miejskiego przy ulicy Skłodowskiej - Curie i budynkach do niego przyległych. W kompleksie budynków przy obecnej ulicy Chałubińskiego mieścił się natomiast jeszcze przez rok (do 1948) radziecki szpital wojenny, od początku należycie ogrzany i oświetlony. Później polskie władze przeniosły tam radomski szpital garnizonowy. Dopiero po roku 1956 władze Koszalina dostrzegły możliwość prawnego odebrania częściowo tylko wykorzystywanego obiektu wojsku i umieszczenia w nim szpitala miejskiego. W rok później wojskowy personel został zdemobilizowany, by nadal mógł pełnić służbę chorym - tyle, że już w cywilnym szpitalu miejskim.
Widok na Szpital Wojewódzki w Koszalinie - obecnie.
Szpital imienia Mikołaja Kopernika
Choć ogromnie zdewastowany w pierwszych latach po wojnie, kompleks budynków szpitalnych przy ówczesnej ulicy Marchlewskiego już w rok po przejęciu go przez władze miejskie Koszalina dorobił się kilkunastu specjalistycznych oddziałów i blisko 800 łóżek! Było to możliwe dzięki zaciągnięciu przez miasto licznych kredytów na jego kapitalny remont. W opuszczonym budynku przy Skłodowskiej-Curie powstała tymczasem szkoła dla przyszłych pielęgniarek. Od 1 stycznia 1961 roku szpital miejski stał się Szpitalem Wojewódzkim. Wyższa ranga pozwoliła na rozpoczęcie budowy oddzielnego oddziału zakaźnego, który został oddany do użytku w roku 1965. Liczba zakaźnie chorych w województwie koszalińskim systematycznie rosła. Żółtaczka, biegunki toksyczne, posocznice, salmonellozy - choroby te miały wówczas zasięg kilkakrotnie większy niż obecnie. Umierało też znacznie więcej noworodków i niemowląt. Rok 1976 okazał się jednym ze szczególnie przełomowych dla koszalińskiego szpitala. Wybudowano wówczas i oddano do użytku czteropiętrowy pawilon dziecięcy z przylegającą doń specjalistyczną Wojewódzką Przychodnią Matki i Dziecka. Wówczas też wszystkie jednostki opieki zdrowotnej w mieście zostały połączone w jedną strukturę o nazwie Wojewódzki Szpital Zespolony. W takiej formie utrzymał się on przez kolejne 15 lat. Dopiero w 1991 nowa dyrekcja dokonała podziału struktury na Szpital Wojewódzki, Wojewódzki Zespół Poradni Specjalistycznych i Zespół Podstawowej Opieki Zdrowotnej. Szpitalowi szefowali wówczas dyrektorzy: naczelny Mirosław Mikietyński i administracyjny Zbigniew Szpunt. Pierwszy jest dziś prezydentem Koszalina, drugi nadal czynnie uczestniczy w procesie restrukturyzacji szpitala.
"Przeżyć następne 90 lat..."
- Żegnając dyrektora Mikietyńskiego powiedziałem mu, że, podobnie
jak Kazimierz Wielki zastał Polskę drewnianą, a zostawi ł murowaną,
tak i on objął szpital siermiężny i prowincjonalny, a opuścił
placówkę w pełni nowoczesną
- wspomina dyrektor Zbigniew Szpunt.
- Różne są filozofie opieki medycznej, jednak przeważa pogląd,
że rozdzielenie usług ściśle lekarskich od np. żłobków i pomocy
społecznej jest lepsze; podobnie jak funkcjonowanie w grupie
zawodowej pracowników medycznych lekarzy i pielęgniarek rodzinnych.
Dyrektor Szpunt ocenia zmiany, dokonane w koszalińskim szpitalu
w ciągu ostatnich 12 lat, jako diametralne. - Dokonały się one
w trzech obszarach. Pierwszy z nich to infrastruktura techniczna,
rozumiana jako modernizacja i remont oddziałów; przykładem może być
choćby kardiologia czy chirurgia ogólna. Nigdy tak do końca nie
wiedzieliśmy, skąd i kiedy znajdą się na to pieniądze. Ale może
dlatego zdarzały się czasem rzeczy graniczące z cudem, jak choćby
hojna, prywatna i... pragnąca pozostać anonimową duża firma.
Byliśmy zgodni z dyrektorem Mikietyńskim co do tego, że najpierw
należy "inwestować w pacjenta". Dowodem obowiązywania takiego właśnie
priorytetu niech będzie mój gabinet - śmieje się dyrektor
administracyjny. - Szafy z epoki wczesnego Gomułki, jeszcze starsze
krzesła... Byle jakie, spaczone, drewniane okna, choć w większości
oddziałów szpitalnych są już nowoczesne, plastikowe
. Drugi obszar
zmian w szpitalu, dokonanych po transformacji ustrojowej,
to wyposażenie w sprzęt. - Może nie jest to jeszcze aparatura
na miarę wszystkich oczekiwań ordynatorów oddziałów, ale możemy
śmiało powiedzieć, że np. nasz angiograf czy ostatnio uruchomione
urządzenie do rezonansu magnetycznego należą do najlepszych
w kraju!
Trzeci obszar zmian w szpitalu ma natomiast charakter
organizacyjny. Pytany o prywatne marzenia i życzenia, związane
z jubileuszem szpitala, dyrektor Szpunt odpowiada, że chciałby,
by szpital przetrwał kolejne 90 lat. - W całej ochronie zdrowia
szykuje się prawdziwa rewolucja. Każdy widzi, że ten system po
prostu pękł. Słabe placówki zaczną padać. Jesteśmy jeszcze w trakcie
kontraktowania usług medycznych na przyszły rok, ale już widać
wyraźnie, że nasz szpital również, niestety, zamknie mijający rok
pokaźnym długiem - choć w porównaniu z innymi placówkami nasze
zadłużenie i tak nie jest duże. Najgorsze przeczucia mam co do tych
placówek, które nie przeprowadziły stosownej restrukturyzacji.
U nas na szczęście została ona przeprowadzona i teraz przynosi efekty.
Obecnie jesteśmy liderem na regionalnym rynku usług medycznych, nasza
pozycja potwierdzona została certyfikatem jakościowym przyznanym
przez Centrum Monitorowania Jakości w Ochronie Zdrowia. Zajmujemy
wysokie miejsca w rankingach organizowanych przez WPROST, czy
RZECZPOSPOLITĄ. W bieżącym roku otrzymaliśmy także tytuł Lidera
Rynku w zakresie usług medycznych. Odnosimy sukcesy. Najbardziej
cieszą jednak ciepłe słowa otrzymywane od pacjentów. Przecież
z myślą o Nich powstał nasz szpitali i dla Nich się nieustannie
zmienia.
DOTYCHCZASOWI DYREKTORZY SZPITALA
- 1913 - 1944 - Walter Rohleder
- 1944 - 1945 - Gerard Schmidt-Habelman
- 1945 - 1956 - Marian Januszewski
- 1957 - 1970 - Józef Szantyr
- 1970 - 1971 - Janusz Karaśkiewicz
- 1971 - 1976 - Waldemar Kazimierczuk
- 1976 - 1982 - Ekspedyt Wieliczko
- 1983 - 1985 - Mirosław Jurski
- 1985 - 1988 - Leokadia Krawczyk
- 1988 - 1990 - Janina Stefańska
- 1990 - 2002 - Mirosław Mikietyński
- 2003 - 2003 - Monika Siebielska
- od VI 2003 - Marek Stachowicz.
